"ZIMOWY WIECZÓR"
opowiadanie z dodatku "Droga Żurawia"



     Lektyka kołysała się łagodnie, a zdobiące ją złote płaskorzeźby lśniły w blasku porannego słońca wznoszącego się nad ziemiami Doji. Niosący ją mężczyźni ledwie odczuwali na ramionach ciężar mahoniowych tyczek podtrzymujących palankin, tak lekki był ich pasażer. Długo podróżowali po ziemiach Skorpiona i Kraba pod eskortą jedynie niewielkiej gwardii honorowej złożonej z samurajów Żurawia -- teraz wielomiesięczna podróż zbliżała się do końca, a rodowy pałac klanu oczekiwał na ich powrót.
     Gdy zbliżali się do potężnych bram Pałacu Doji, siedzący przy drodze pomarszczony żebrak podniósł swą drewnianą miseczkę w błagalnym geście. Jedno słowo zza ściany lektyki wystarczyło, by pochód zwolnił, a tragarze złożyli swój ciężar na drodze. Drzwi pojazdu rozsunęły się cicho, żebrak zaś pokłonił się bardzo nisko, niemal dotykając czołem ziemi, mnąc jeszcze bardziej swoje już i tak znoszone i podarte kimono. Strażnicy skłonili się młodej, bogato odzianej dziewczynie, która ostrożnie opuściła palankin. Choć jej młoda twarz nie tknięta była ręką czasu, nosiła się z godnością, a jej głos zdradzał dobre wychowanie i pewność siebie. Z promiennym uśmiechem odkłoniła się lekko żebrakowi i uklękła obok niego. Poruszała się zgrabnie, lecz krokom jej towarzyszył niezwykły, kołyszącym rytm zdradzający, że nauczyła się nadrabiać wrodzoną ułomność jednej ze stóp.
     Przez niemal godzinę dziewczyna siedziała przy drodze ze starym żebrakiem, wymieniając z nim stare historie i wieści ze świata. Kiedy skończyli rozmawiać, włożyła do miseczki staruszka kilka złotych monet, wstała i skłoniła się mu uprzejmie. Gdy wracała do lektyki, jeden z samurajów rzekł nieśmiało:
     - Wybacz mi, Shizue-sama, ale ten człowiek to hinin! - W jego głosie słychać było troskę i zmieszanie.
     Młoda kobieta zatrzymała się przy nim i uśmiechnęła delikatnie, a w jej jasnoszarych oczach zapaliła się iskierka rozbawienia.
     - Kiedy świat był jeszcze młody, a na Szmaragdowym Tronie Rokuganu zasiadał Pierwszy Hantei, nasza własna przodkini, Pani Doji, zatrzymała się przy drodze, żeby porozmawiać z żebrakiem i dać mu jałmużnę. Czemu ja, jej dziedziczka, miałabym postąpić inaczej?
     Choć w zmrużonych oczach samuraja nie widać było zrozumienia, skłonił się z szacunkiem. Shizue podeszła do drzwi lektyki, wspierając drobną dłoń na zakrzywionej krawędzi dachu, zanim jednak postawiła w niej stopę, odwróciła się z powrotem do zakutego w zbroję mężczyzny.
     - Czy nigdy nie słyszałeś tej historii? - spytała łagodnie, z nutką zdziwienia w delikatnym głosie. Samuraj milczał przez chwilę, po czym potrząsnął głową.
     - Nie, pani. Uczono mnie jedynie sztuki wojny. Jestem tylko prostym żołnierzem...
     - Więc pozwól, że ci ją opowiem. - Łagodna morska bryza rozwiewała białe włosy Shizue, sięgnęła więc, żeby ogarnąć jeden z jasnych kosmyków za ucho. - Było to dawno temu, kiedy pierwsi kami, założyciele Klanów, spadli z niebios, a świat był jeszcze młody...

     * * *

     ... Choć Siedmioro stało na nagim szczycie wzgórza, porywiste wiatry wiejące znad wściekle wzburzonego morza ledwie muskały ich kimona. Patrzyli na świat nowymi oczyma, nie znając ścieżki, którą przyjdzie im teraz kroczyć.
     - Ten kraj toczy wojnę z samym sobą - rzekła jedna z rodzeństwa głosem miękkim jak jedwab - Trzeba więc dać mu cywilizację. Musimy nauczyć się żyć razem wśród mieszkańców tej krainy.
     - Ten świat jest zupełnie inny, niż się spodziewałem -- dobiegł z boku szorstki głos potężnego mężczyzny. - Jest nieobłaskawiony i trzeba pokierować nim silna ręką.
     - Nie, bracie. On jest jak dziecko, które potrzebuje nauki i mądrości, żeby wydać owoc - odparł smukły mężczyzna o delikatnych dłoniach, w zamyśleniu gładząc się po brodzie.
     - Ten świat potrzebuje przywódcy. - Ostatni zabrał głos mężczyzna o złotych włosach i gorejących oczach. - Musimy dać mu powód, by wzrastał.
     I na tym samym wzgórzu, ponad ryczącymi falami, Siedmioro stanęło do zawodów umiejętności i sił, a jeden z nich pozostał z boku, z dala od innych. Ten milczący obserwator przewidział z góry ostateczny wynik turnieju. To właśnie tam wybrano Cesarza i Pierwszy Hantei zasiadł na Szmaragdowym Tronie, pozostali zaś rozeszli się na cztery strony świata, dzieląc się ziemią i zbierając ludzi, by służyli im i stworzyli Cesarstwo.

     * * *

     Jedynie dwójka spośród rodzeństwa - sam Hantei i jego siostra, Pani Doji - pozostała na wzgórzu, kiedy nadeszły śniegi. Na jego szczycie wzniesiono już pierwsze miasto, a teraz trwała budowa wielkiego pałacu, który pewnego dnia miał zwać się Otosan Uchi, miastem Cesarza. Pewnego dnia, gdy zima ogarnęła ziemię swym lodowatym oddechem, pokrywając ją białym szronem i pierzyną śniegu, Pani Doji stała przy oknie swej komnaty w jednej z wysokich wież Cesarskiej Stolicy i przyglądała się rozkwitającemu miastu.
     Nagle spostrzegła z dala od ciepłych miejskich domów siedzącego przy drodze wychudzonego żebraka. Jego płaszcz był w strzępach, a zniszczoną laskę położył w śniegu wraz z żebraczą miseczką. Drogą tą nie podążał żaden podróżny, więc jedynym towarzyszem był mu mroźny wiatr.
     Pani Doji przyzwała samurajów ze swej straży, nakazując im zaprosić jałmużnika do pałacu i powiedzieć mu, że czeka tam na niego izba. Lecz strażnicy powrócili mówiąc, że staruszek odmówił ich prośbie i nie chciał słuchać tego, co mieli mu powiedzieć.
     Pani Doji wezwała więc swoje służki, dała im miskę gorącego ryżu z rybą i kazała pójść z nią do żebraka. Kobiety wyszły w mroźną zimową wichurę, lecz choć starzec przyjął jedzenie z wdzięcznością, znów odmówił przyjęcia gościny. Zaintrygowana tym dziwnym zachowaniem Doji ponownie wyjrzała przez okno i ujrzała, że wychudzony człowieczek nawet się nie poruszył. Siedział wciąż przy drodze, spokojnie znosząc wiatr i chłód zimowego dnia.
     W końcu, pomimo próśb swych dwórek, Pani Doji wyszła z pałacu i ruszyła drogą biegnącą z Otosan Uchi, niosąc jedynie koc utkany z grubej wełny. Zatrzymała się dopiero w głębokim śniegu tuż obok żebraka.
     - Mówią mi, - odezwała się łagodnym głosem - że za nic nie chcesz wejść do środka. Czy nie weźmiesz przynajmniej tego ciepłego koca?
     - Czemu miałbym chcieć go przyjąć? - odparł starzec szorstkim i nieokrzesanym głosem, choć z nutą szacunku.
     - Żebyś mógł przeżyć. Zmierzcha się, a noc przyniesie wichurę i śnieg. Czy pragniesz zamarznąć tu i umrzeć?
     Pomarszczony żebrak podniósł wzrok na Panią, której twarz była tak biała jak śnieg, okrywający ziemię lśniącą płachtą.
     - Umrzeć? - zachichotał. - Wymawiasz to słowo z przerażeniem, pani. - Zmrużył oczy i spokojnie nabrał z miski kolejny kęs gorącej ryby.
     - Czy nie obawiasz się śmierci?
     - Powiedziałbym raczej, moja pani, że nie obawiam się życia. - staruszek spojrzał na Doji, której doskonałe rysy wyrażały lekkie zmieszanie. - Rozejrzyj się dookoła siebie, pani. Co widzisz?
     Doji rozejrzała się wokół, obejmując wzrokiem wspaniałe mury nowej budowli w Otosan Uchi i fale oceanu rozbijające się poniżej o skaliste wybrzeże.
     - Widzę... świat.
     - Czy to wszystko co widzisz? Nie patrzysz na to, co masz prosto przed oczami. - Mały człowieczek znów zachichotał, a na twarzy Doji pojawił się lekki rumieniec gniewu. - Szlachetna pani Doji, nie pragnę cię obrazić. Powiedz mi... - pochylił się i nabrał w dłoń garść śniegu niemal spod jej stóp. - Czy nie widzisz śniegu?
     - Śniegu? -- odparła. - Oczywiście, że widzę śnieg. Jest wszędzie dookoła.
     - Tak, ale czy widzisz śnieg? - Doji przyglądała mu się z zakłopotaniem, gdy wskazał na duży płatek spadający tuż obok jej policzka. - Spójrz na niego. Co dostrzegasz?
Przyjrzała się drobinie śniegu, która leniwie opadała obok jej twarzy i pomiędzy palcami, by w końcu wylądować na ziemi u jej stóp. Po chwili rzekła - Widzę sześć ramion, stykających się końcami w jednym miejscu.
     - A tamten?
     - Ma trzy zgrubienia na każdej gałązce, wyglądające jak gołąb w locie - zamilkła. - Nigdy nie zwróciłam uwagi...
     - Spośród tysięcy śnieżnych płatków w tysiącach śnieżnych zamieci, żadne dwa nie są do siebie podobne. -- Tym razem chichot starca był pełen radości. - Żadne dwa w całej wieczności. Jeśli miałbym pójść teraz z tobą do pałacu, nigdy nie zobaczyłbym tego płatka - wskazał pomarszczonym palcem na opadający powoli okruszek lodu.
     - Przecież to tylko odrobina wody - Doji przyglądała się z fascynacją, jak żebrak obserwuje kolejny płatek.
     - Życie to też tylko jeden dzień, który następuje po drugim, aż upłyną lata i nadejdzie starość, a wtedy zastanawiasz się "Gdzie się podziały te wszystkie dni?" - znów zachichotał. - Och! Sześć wierzchołków układa się niemal w okrąg, jak koło od wozu. - Zamilkł, a śnieg padał przez chwilę w ciszy pomiędzy nimi.
     - Jak spędziłaś dzisiejszy poranek, pani? - odezwał się znowu.
     - Dzisiejszy poranek? - To dziwaczne pytanie zaskoczyło ją i dopiero po chwili odrzekła półgłosem - Tkałam nowe kimono dla mego brata, Hantei.
     - Sześciokątny środek!... - wykrzyknął żebrak, tupiąc nogami na widok kolejnego spadającego płatka. Po chwili ciągnął -- Czy pamiętasz każdą jedwabną nić, z której utkałaś wzór na kimonie swego brata?
     - Rzecz jasna, że nie!
     - Dlaczego nie?
     - W całym wzorze są tysiące nici, a w całej tkaninie tysiące wzorów. Jak mogłabym zapamiętać każdą z nich?      - Przypuszczam jednak, że pamiętasz każdy błąd, który popełniłaś i długie godziny, które zajęło ci naprawienie ich wszystkich.
     - Doji zarumieniła się. - Oczywiście.
     - Być może gdybyś poświęciła chwilę, żeby przyjrzeć się każdej nici, żeby zrozumieć każde włókno, nie popełniłabyś w ogóle tych błędów, hę? Tak jak nie dostrzegałaś płatka śniegu, ignorujesz to, co cię otacza i nie dostrzegasz dni swojego życia, widzisz jedynie lata. -- Prychnął. -- Nie możesz zmienić upływu lat, ale możesz zmienić upływ godzin i to, co decydujesz się zrobić z każdą z nich. Czy będzie to coś, co zapamiętasz, czy też twoje dni miną, jakby były jedynie śnieżną zadymką?
     - Pani spojrzała na małego staruszka wzrokiem zamglonym od coraz gęściej padającego śniegu i wiatru rozwiewającego jej włosy. - Jesteś więcej niż tylko żebrakiem, człowieku. - Po jej bladym policzku spłynęła pojedyncza łza, która znikła w śniegu - kolejny okruch lodu zagubiony wśród milionów innych.
     - Lecz czy ty jesteś więcej niż tylko jednym życiem wśród wielu? - Jego głos był łagodny, lecz przecinał powietrze targane nadciągającą wichurą niczym sierp. - A kiedy umrzesz, czy będą cię pamiętać, czy też staniesz się tylko kolejną z wielu nici w tkaninie, których nikt nie potrafi policzyć ni sobie przypomnieć? Śnieg stopnieje, pani Doji, za kilka dni już go nie będzie i wszyscy na zawsze o nim zapomną. Kto będzie o nim pamiętać? -- Zamilkł i odwrócił się od niej, by przyjrzeć się wirującym płatkom. - Kto będzie pamiętać o tobie?
     W chwilę później Pani Doji klęknęła obok starego mnicha i siedzieli tak razem przy drodze, a śnieg padał w ciszy, płatek po płatku, na otaczające ich równiny.

* * *

     Shizue, córka domu Doji, stała przez chwilę wspierając się o dach swej lektyki, wpatrując się niewidzącymi oczyma w dal nad ramieniem strażnika, do którego mówiła, zanim jej głos rozwiał się na wietrze. Dopiero po chwili zwróciła się z powrotem do samuraja.
     - Powiedz mi, przyjacielu, - powiedziała - gdybyś miał umrzeć jutro, czy wszystkie twoje żale przeważyłyby ciężar twych wspomnień? - Samuraj nie odpowiedział i milczał wciąż, kiedy go minęła.
     - Pani, twoja lektyka... - odezwał się, kiedy odzyskał już głos.
     Shizue nie odwróciła się, krocząc z gracją w stronę wyniosłych dębowych bram siedziby Żurawi, których złocisty blask przyćmiewał niemal światło słońca.
     - Nie potrzebuję dłużej mojej lektyki, nikutai-san. Skończę moją podróż do domu krok za krokiem. -- Idąc, szurała chorą stopą po ziemi długimi, kolistymi ruchami, pozostawiając na piasku drogi fale podobne tym, które zostają po odejściu przypływu. Strażnik patrzył, jak młoda opowiadaczka staje przed wysokimi murami, podnosi drobną, bladą dłoń i dotyka nią skrzydła wysokiej, złotej bramy, która otwiera się przed nią szeroko. Znad ogrodów po drugiej stronie muru wzbił się w niebo klucz białych żurawi, rozpraszając się po niebie niczym chmura delikatnych płatków śniegu.





TORI
prezentuje