WYBRANKA PANI
opowiadanie z dodatku "Droga Jednorożca"



     Źrebak był duży, większy niż się to zwykło zdarzać wczesną wiosną. Dając mu życie, jego delikatna matka odeszła w pustkę. Zarządzający stadninami Klanu Otaku Kojiro spojrzał ze smutkiem na zakrwawione źrebię.
     -- Martwy -- obwieścił stojącemu obok chłopcu stajennemu, ze zmęczeniem podnosząc się z ziemi. Poród nie należał do najłatwiejszych, a strata pierwszego wiosennego źrebięcia, bardziej nawet niż śmierć dwóch koni, źle wróżyła Klanowi. Iuchi Daiyu, shugenja przechowujący prawa Jednorożca, podrapał się w podbródek i w zamyśleniu pokiwał głową. Zostawiając chude ciałko źrebięcia obok martwej klaczy, dwaj mężczyźni wyszli na zewnątrz, by wymyć zakrwawione ręce w korycie znajdującym się nieopodal stodoły.
     Gdy tylko ich głosy ucichły, z ciemności otaczających drzwi stodoły wychynęła niewielka postać. Wślizgując się do przegrody, dziecko gorączkowo szeptało:
     -- Nie może być martwe! Kouchi była klaczą mojej mamy, a mama obiecała, że źrebak zostanie moim koniem bojowym! -- dziewczynka nie miała więcej niż dwanaście lat. Gdy upadła na kolana przy opuszczonym malcu, jej kucyki zafurkotały w powietrzu. Odgarnęła słomę z miękkiej, szarej sierści, wciąż jeszcze mokrej po porodzie.
     -- Mama obiecała... -- wymruczała przytulając delikatnie głowę martwego źrebaka.
     -- Nie powinnaś tu wchodzić... -- zaczął chłopiec stajenny, ale po chwili przerwał. Tylko kilka lat starszy od dziewczynki Masero popatrzył na nią i poczuł nagły przypływ litości. Przed kilkoma zaledwie miesiącami jej matka zginęła w przygranicznej potyczce z siłami Lwów. Wszyscy wiedzieli, że jej wierzchowiec został strącony z klifu. Chłopiec patrzył spokojnie jak dziecko ściąga resztkę błon płodowych z drobnego ciałka źrebięcia. Chude rączki otoczyły szyję stworzonka i delikatnie głaskały jego mokrą, kosmatą sierść. Młody stajenny z westchnieniem zdecydował się dać jej kilka chwil. Czy okazanie biednemu, osieroconemu dziecku odrobiny pobłażania to coś złego?
     Źrebię nie oddychało, a mała ignorowała nerwowe spojrzenia, które Masero rzucał w kierunku dwójki mężczyzn na zewnątrz stodoły. Ostrożnie, naśladując często obserwowane ruchy ojca, dziewczynka pochyliła się nad głową źrebaka i oczyściła jego małe chrapy rękawami kimona. Głosem drżącym od łez szeptała modlitwy do założycielki rodu, Pani Otaku.
     Jej wysiłki nie przynosiły skutków. Zwierzątko nie poruszało się i wyglądało jak martwe, jednak dziecko nie przestawało ocierać mu oczu. Delikatnie wdmuchiwało powietrze w nozdrza źrebięcia. Nagle konik zadrżał i chwycił głęboki oddech, a jego duże, ciemne oczy otworzyły się, ze zdziwieniem spoglądając na obcą twarz.
     -- Panie! -- krzyknął Masero -- Szybko, panie!
     Mężczyźni biegiem wrócili do stajni i ujrzeli niezwykły widok. Mała dziewczynka pomagała podnieść się dygoczącemu konikowi.
     -- Możesz to zrobić-- szeptała do źrebięcia -- Możesz wstać.
     Źrebak ponownie spróbował uklęknąć, ale z przerywanym rżeniem upadł na twardą, pokrytą słomą podłogę.
     Ocierając pęciny i kopyta z czerwonej wilgoci narodzin, dziewczynka po raz kolejny wymruczała
     -- Nie musisz się niczego bać. Uda ci się, Jestem tutaj, z tobą. Żadne z nas już nigdy więcej nie będzie samotne. -- Zwierzątko spojrzało w jej oczy, znajdując w nich miłość i przyjaźń.
     Źrebak uniósł się na drżące kolana i śmiało popatrzył na zgromadzonych mężczyzn. Pochyliwszy się, shugenja przejechał doświadczonymi dłońmi po kłębie i pęcinach konika. Wyczuwał w nim wojowniczą karmę.
     -- Ma znak -- wskazał szczupłymi palcami na znajdującą się na pęcinie niewielką białą strzałkę. -- To znak, którego szukałem, Kojiro. Symbol Osano-Wo. -- Daiyu w zamyśleniu gładził smugę na przedniej nodze źrebaka. Jego zmartwiony wzrok spotkał się ze spojrzeniem rządcy.
     -- Co to oznacza, shugenja? -- szepnął Kojiro.
     -- Wojnę.
     Źrebak gorliwie węszył wokół palców dziewczynki w poszukiwaniu mleka. Pragnął pożywienia, którego nie mogła dać mu jego matka. Daiyu uśmiechnął się... jednak była odrobina nadziei.
     -- Wojna, Kojiro, ale nie śmierć. Nie tym razem.- Pogłaskał dziecko po głowie i wstał. -- Ale zapamiętaj moje słowa, zarządco. Zanim to dziecko dorośnie do gempukku, wojna zawiśnie nad nami wszystkimi.

     * * *

     Dziewczynka codziennie zajmowała się źrebakiem; ten zaś, karmiony kozim mlekiem, rósł zdrowy i silny. Miesiące mijały z wolna a oni razem dorastali. Każdy kolejny rok przynosił nowe oznaki wojny. W końcu nastał dzień, w którym dziewczyna mogła przystąpić do ceremonii gempukku. Jasne słońce wzeszło nad miejscem uroczystości. Młodych samurajów czekało wiele prób i pojedynków, stanowiących wyzwanie dla ich honoru, siły i umiejętności. Sztandar Klanu Jednorożca powiewał nad ścigającymi się końmi, wznosząc się ponad drżące od tętentu kopyt, zatłoczone równiny.
     Pragnąc podkreślić miejsce w hierarchii klanu, jakie miała zająć z osiągnięciem dojrzałości, drobna dziewczyna wybrała imię matki, Kamoko. Samurai-ko z rodziny Otaku wykrzykiwały je raz po raz, w miarę jak wygrywała kolejne konkurencje.
     Nadszedł wreszcie czas opowiadania starych historii, czas przypomnienia o wzajemnym przywiązaniu, cementującym przyjaźń między rodzinami. Był to czas opowieści o innym kraju, gdzie wraz z wiatrem poruszał się piasek, a woda była słodka, o ciepłym kraju, gdzie konie Jednorożców rodziły się i wychowywały. Kiedy słońce zniżało się nad horyzontem, a młodzież dołączyła do swych rodzin, Shinjo Yokatsu wystąpił naprzód by przemówić do zgromadzenia. Rody Otaku, Ide, Iuchi oraz Shinjo niecierpliwie oczekiwały słów daimyo. Wszyscy mięli nadzieję, żejego mowa obfitować będzie w dobre wróżby i rady dotyczące walk, które ich czekały.
     -- Witajcie, wszyscy tu zebrani...- rozpoczął przywódca Klanu. Jego dźwięczny głos niósł się echem przez pola. Konie strzygły uszami nasłuchując. -- Jesteśmy ludem wiatru!
     Odwieczny bojowy okrzyk Shinjo przewalił się przez równinę. Ludzie odpowiedzieli gromkim okrzykiem. Uśmiechając się, daimyo uniósł dłoń i kontynuował:
     -- My, Jednorożce, musimy pamiętać o naszej przeszłości, i wspominać ją, tak jak czynimy co roku od czasów, gdy po ziemi chodzili nasi przodkowie. Niesieni wiatrem wygramy tę wojnę! -- popatrzył w ciemniejące niebo. Odezwały się kolejne wiwaty. -- Słowa naszych przodków, którzy opuścili Rokugan dla dalekich ziem zachodu, wciąż żyją pośród nas. Niech ich mądrość prowadzi nas w tych niespokojnych czasach. Niechaj chwała ich imion raz jeszcze ogarnie Cesarstwo i rozbrzmi w każdym jego zakątku!
     -- Shinjo! -- zakrzyknęli ludzie na równinie, a konie donośnie im zawtórowały.
     Dźwięczne rżenie uniosło się ku gasnącemu słońcu.
     -- Ide! -- zagrzmieli, a puste niebo zwielokrotniło ich głosy.
     Następne nazwisko zabrzmiało w wielu gardłach: -- Iuchi!
     Sztandary dumnych rodów powiewały na wietrze, a wiwaty potężniały: -- Otaku!
     Zwielokrotniane głośnymi brawami i hukiem sztucznych ogni, odpalanych z zamkowych murów, imiona rodów -- niczym okrzyki wojenne -- mknęły w kierunku zachodzącego słońca. Szkarłat płomieni, raz po raz ogarniających niebo, przypominał blask dogasającego dnia, a oślepiająca biel eksplozji przywodziła na myśl ostatnie słoneczne promienie, padające na jasne płaszcze i zbroje. W samym centrum zgiełku Kamoko dostrzegła Iuchi Daiyu. Shugenja z niepokojem spoglądał na pierwszą wschodzącą gwiazdę.
     Z chudego podlotka, który pewnej wiosennej nocy zakradł się do stajni, wyrosła piękna kobieta o długich, czarnych włosach, ukrytych pod połyskującym hełmem.
     -- Coś się stało, Daiyu-sama? -- Łoskot kopyt oraz okrzyki tłumu przepełniały powietrze i Kamoko musiała krzyczeć, by mieć pewność, że ją usłyszano. Następny fajerwerk wystrzelił w ciemniejące niebo. Uśmiechnęła się do Daiyu, swego mentora i nauczyciela, ale on odpowiedział jej zmartwionym spojrzeniem.
     -- Stara przepowiednia, samuraju -- mruknął tak cicho, że ledwie wychwyciła jego słowa z huku odpalanych petard, które roziskrzonym deszczem znaczyły szlak na niebie.
     -- Ta, która mówi, że Otaku we własnej osobie przyjdzie w płomieniach nocy, by wskazać swą wybrankę -- umilkł na moment -- Ale płomienie gasną, a ona nie przyszła.
     -- Ha! -- parsknęła Kamoko i wskoczyła na swojego szarego wierzchowca -- Legendy, shugenja. To tylko legendy. Pozwól przeszłości spoczywać w spokoju. Chodź, Daiyu-sama -- uścisnęła przyjaźnie jego ramię -- dołącz do naszych świętujących braci, bo jutro wyruszamy na wojnę! -- Posłała mu jeszcze jeden uśmiech, opierając dłoń na rękojeści swego nowego wakizashi, po czym odjechała, by przyłączyć się do powszechnej zabawy.
     -- Hai. Legenda. -- Iuchi Daiyu zebrał szaty i po raz ostatni spojrzał na niknące za horyzontem blade światło słoneczne. -- Być może. Ta legenda jednak nie pozostanie w przeszłości... bo bez wybranki jesteśmy w tej wojnie skazani na przegraną. -- Długo patrzył za Kamoko, która cwałowała przez pola, wyprzedzając wszystkich bez najmniejszego wysiłku. Jej twarz rozświetlał blask podniebnych eksplozji.
     Tymczasem na równinie niski, krępy mężczyzna uśmiechnął się do młodej samurai-ko i pozwolił swemu wierzchowcowi biec przez chwilę obok jej ogiera. Pomimo panującej ciemności ścigający się pędzili na złamanie karku, ufając swoim rumakom jak braciom i pozostawiając im wybór bezpiecznej drogi do domu. Kiedy dotarli do pierwszej stodoły, kasztan Shinjo Yokatsu wygrywał tylko o długość nosa. Champion uśmiechnął się szeroko:
     -- Masz wspaniałego konia -- zawołał, gdy tylko zwolnili -- Obdarzy Klan wieloma odważnymi dziećmi. -- Yokatsu sprawiał wrażenie o wiele bardziej swobodnego teraz, gdy przebywał na końskim grzbiecie niż gdy przemawiał przed zgromadzonymi członkami Klanu. Kiedy zsiadał, Kamoko dostrzegła w jego oczach niechęć... była to niechęć, którą sama znała aż za dobrze. Młoda samurai-ko lekko zeskoczyła z siodła.
     -- Hai, domo arigato, Yokatsu-sama -- Trzymając wodze w pewnym uścisku, pochyliła się w pełnym szacunku ukłonie. -- Jego pierwsza klacz niedawno urodziła syna. Wkrótce jego źrebięta powiększą szeregi Klanu -- uśmiechnęła się, a jej brązowe oczy rozbłysły radośnie.
     -- Dzieci Klanu to nasza przyszłość. Musimy dobrze ich strzec -- Jego doświadczone oczy pilnie badały każdy centymetr ciała ogiera, wydając pochlebny osąd o dobrze rozwiniętych mięśniach, ciemnych mądrych oczach i niezwykłej białej strzałce biegnącej po wewnętrznej stronie przedniej pęciny. Yokatsu obrócił wzrok na Kamoko, jak gdyby szacował także jej wartość. Spoglądał na nią przez dłuższą chwilę. Stała spokojna i nieulękła pod jego badawczym spojrzeniem. Głos daimyo zmiękł, gdy cicho rzekł: -- Twoja matka byłaby bardzo dumna w tym dniu, samuraju. -- Jej rozradowane oczy odrobinę ściemniały. Ukłoniła się.
     -- Domo, sama. Domo. -- Nagle rozdrażniony przedłużającym się postojem wierzchowiec dziewczyny trącił głową jej ramię. Tak Yokatsu, jak i Kamoko rozbawiła niecierpliwość konia. Samurai-ko przesunęła pieszczotliwie dłonią po grzywie ogiera.
     -- Wybrałaś dziś imię dla siebie, ale co poczniesz z nim? -- Uśmiech daimyo rozszerzył się jeszcze bardziej, gdy ujrzał zdziwienie na twarzy Kamoko. -- Doskonały rumak zasługuje na doskonałe imię, czyż nie? W końcu jest to także jego gempukku. -- Wypowiadając te słowa, Shinjo Yokatsu cichutko się śmiał. Po chwili przerwał i pogładził koniuszkami palców ciemny pysk ogiera. -- Hachiman... powinien nazywać się Hachiman -- powiedział.
     Znudzony i nie dbający zgoła o zaszczyt, jaki go spotkał, Hachiman szarpnął wodze i niecierpliwie zatańczył w miejscu.
     Yokatsu uśmiechnął się i pomyślał: Jest tak zuchwały i porywczy jak jego młoda pani.

     * * *

     Kamoko z roztargnieniem słuchała pięknej muzyki wtórującej utworom słynnych poetów. Czekała na pierwszą sposobność uwolnienia się od stłoczonej ciżby. Nosiła nowe kimono, zdobione w ręcznie malowane chmury i delikatne liście paproci. Sprawiało ono, że jej oczy lśniły jeszcze piękniej niż zwykle, jednak dziewczyna nie zwracała uwagi na subtelne komplementy młodych samurajów. Z podobną obojętnością słuchała wyrazów uznania dla zwycięstw, które tego dnia odniosła. Myślami była daleko; z niecierpliwością oczekiwała nadchodzących bitew. Młoda samurai-ko spacerowała wśród tłumu, poruszając się z tym samym wdziękiem, z którym nosiła zbroję. Jej czarne włosy nie zostały kunsztownie upięte i nie było w nich błyskotek, którymi wiele wysoko urodzonych Rokuganek zdobiło swe wymyślne fryzury. Poruszała się z gracją polującego kota... jej ruchy nie miały w sobie nic z delikatności jaskółki. Takie zachowanie było dobre dla dziewcząt pragnących zdobyć męża, a nie dla Panien Wojny.
     Jedyna rzeczą, którą Kamoko pragnęła zdobyć, była chwała. A chwała mało dba o pachnidła i puder, jedwabie i uprzejme słówka -- chwała dba tylko o zwycięstwo.
     Kiedy nareszcie zdołała wyrwać się z uroczystości, powędrowała rzęsiście oświetlonymi ścieżkami pałacowych ogrodów. W miarę oddalania się od gwaru rozmów, jej krok stawał się wolny i zamyślony. Na wznoszącym się ponad głową dziewczyny milczącym niebie gasły ostatnie sztuczne ognie, opadając kaskadami na pola i lasy należące do rodziny Otaku. Kamoko wspięła się po kamiennych stopniach na mury okalające pałac. W ciszy patrzyła na rozgrywające się przed jej oczyma widowisko. Barwne iskry spadały deszczem na równinę, prosząc do tańca falujące trawy. Na zachodzie wzbierała burza. Rażąc jasnymi smugami błyskawic czerń nieba, wyzywała sztuczne ognie na podniebny pojedynek iaijutsu. Do Kamoko zaczęły dochodzić niosące się przez ogrody nawoływania szukającej jej pałacowej służby. Westchnąwszy, ześlizgnęła się ze schodów i ukryła w cieniu. Czekała aż służące przejdą, daremnie jej wypatrując. Uśmiechnęła się do siebie. Była tylko jedna istota, z którą chciała podzielić się zaszczytami, jakie ją dziś spotkały. Jej kroki stały się lżejsze, a usta wygięły w uśmiechu, kiedy opuszczała pałac, by udać się w kierunku równiny. Hachiman powinien już czekać.
     Ogromny ogier cierpliwie stał obok wejścia na wybieg. Na widok zbliżającej się pani zarżał cichutko. Było widać, że dobrze się nim zajęto; źdźbła siana wciąż jeszcze zwisały mu z pyska. Kamoko szybko osiodłała wierzchowca i wskoczyła na siodło. Tylko na końskim grzbiecie czuła się swojsko -- tylko tutaj cichła kipiąca w jej żyłach wola walki. Zawróciła Hachimana i pognała w szerokie pola, na których odbywała się wcześniej ceremonia gempukku. Zamykając oczy, pozwoliła wierzchowcowi wybrać drogę. Wiatr rozwiewał jej włosy, stapiające się z tłem czarnego nieba, a przenikliwe zimno wyciskało łzy w kącikach ciemnobrązowych oczu. Kamoko rozkoszowała się samotną jazdą. Skrzypienie siodła i miękki odgłos kopyt odzywały się echem w jej duszy. Igrała i drażniła się z Hachimanem w skomplikowanym tańcu kroków i rytmów, w którym jedno sprawdzało opanowanie drugiego.
     Dziewczyna niewiele dbała o deszcz, który padał na jej kimono i śmiała się, gdy krople uderzały o delikatne chrapy Hachimana. Żadne z nich nie zauważyło nawet kiedy światła miasta zgasły, a sen objął w niepodzielne panowanie pałac Jednorożców.
     Daleko na równinie w ziemię uderzyła oślepiająco jasna błyskawica. Burza wydała ostrzegawczy grzmot, jednak ostrzeżenie to nie zbudziło mieszkańców pałacu. W miejscu uderzenia wystrzelił zrodzony z pioruna jasny płomyk. Suche, stepowe trawy błyskawicznie zajęły się ogniem. W ciągu kilku minut pożar rozprzestrzenił się w kierunku lasu i cennych stajen, gdzie przebywały konie Klanu.
     Kamoko wyczuła swąd gęstego dymu zanim jeszcze zobaczyła zbliżającą się ścianę ognia. Dławiąca zasłona dymu osnuwała ziemię czarnym płaszczem, na tle którego płomienie wyglądały jak jasne skry fajerwerków wystrzelonych w ciemnościach. Samurai-ko zwolniła i stanęła w strzemionach. Ujrzała złowieszczy blask płomieni, cienką linią znaczący horyzont.
     -- O Shinsei! -- krzyknęła -- Tylko nie stajnie! -- Wiedząc, że nikt nie zdoła ugasić ognia nim ten dotrze do stodół, Kamoko spięła Hachimana. Pędzili w kierunku stajen. Dziewczyna krzyczała na alarm. Po chwili wrota stanęły otworem. Zaspany Masero spojrzał na nią ze zdziwieniem.
     -- Stodoły są w niebezpieczeństwie! Zachodnia równina się pali! -- Kamoko machnęła na wzmagającą się łunę pożaru. Otaku Masero spojrzał tylko raz we wskazanym kierunku i natychmiast zaczął działać. Pobiegł w stronę wielkiego dzwonu stojącego nieopodal wybiegu. Desperacko szarpiąc, rozhuśtał grubą, drewnianą belkę i uderzył weń, śląc ostrzeżenie śpiącym w pałacu. Kamoko z ulgą dostrzegła zapalające się światła. Klan budził się, by stawić czoła niebezpieczeństwu. Z trudem złapała oddech.
     -- Czy damy radę wyprowadzić konie zanim dotrze tu pożar? -- zapytała niespokojnie Kojiro, który zjawił się u jej boku.
     Pozostali stajenni wybiegali ze stodół, odciągając konie od zagrażających im płomieni. Niektórzy wskakiwali na końskie grzbiety, dla bezpieczeństwa prowadząc zwierzęta po dobrze znanym im okręgu.
     -- Nic im nie będzie! -- Kojiro przekrzyczał zgiełk powodowany przez przerażone konie. Wybiegłszy zza ogrodzenia, stanął przy strzemieniu Kamoko i wskazał na przybliżający się stale blask -- Ale ogień kieruje się na północne pola. -- Wiatr owionął twarz rządcy, niosąc gryzący zapach spalonych traw i odgłos okrzyków z łąk.
     -- A jeśli dotrze do północnej stajni?
     -- To będzie katastrofa. Trzymamy tam ciężarne klacze.
     -- Czy nikt ich tam nie dogląda? -- zapytała szybko Kamoko.
     -- Nie... żadna z klaczy nie jest bliska rozwiązania, a większości stajennych pozwolono uczestniczyć w uroczystościach. -- Twarz zarządcy wydłużyła się -- Jedyna droga wiedzie przez las. A tam może już się palić...
     Piękne rysy Kamoko stwardniały, kiedy podjęła decyzję.
     -- Musimy więc być szybsi od ognia. -- Hachiman zawrócił gwałtownie, gdy skierowała go na północ. Pomknęli w zasłonę dymu.
     Droga stała już w ogniu, a okoliczni wieśniacy gorliwie rzucali w ogień grudy ziemi i tłoczyli się przy rzece, podając sobie napełnione wiadra do walki z zachłannym żywiołem. Hachiman zręcznie wyminął chłopów, usiłując znaleźć pewne oparcie na świeżo zaoranej ziemi. Śmiałymi skokami pokonywał linię płomieni, nad którymi przeskakiwał z niewyobrażalnym wysiłkiem. Kamoko krzyknęła jeszcze głośniej i ponagliła go, by gnał naprzód, wprost w niebezpieczeństwo. Jej skórę parzył ogromny żar. Ryk płomieni wyzywał ją na pojedynek woli, pojedynek, który zdecydowała się wygrać za wszelką cenę.
     Twardo ubitą ścieżkę otaczała z obu stron gęstwina strzelistych sosen. W ich kruchych gałęziach wiał już gorący wiatr, idąc w zawody z galopującym ogierem.
     Droga wiła się i skręcała jak brykający źrebak. Hachiman wielkimi haustami połykał zadymione powietrze. Klucząc między drzewami, Kamoko zdołała wreszcie dostrzec drewniane ściany stajni, słabo połyskujące w świetle płomieni, które chwiały się już na czubkach pobliskich drzew. Zbliżyli się do stodoły. Kamoko, nie zwalniając galopu, zeskoczyła z grzbietu wierzchowca i na złamanie karku pognała do ciężkich wrót. Drzwi wiodące do stajni rozgrzewał już żar ognia. Dziewczyna zaczęła przeklinać wiatr, który pędził przed sobą pożar, zmiatający las niczym fala powodzi. Przeklinała też płomienie, pełzające po ścianach budynku i wspinające się coraz wyżej, w miarę jak suche drewno i siano zajmowały się ogniem.
     Nie zważając na płonący dach, dziewczyna rzuciła się do drzwi. Żar z wnętrza ogromnego budynku uderzył w jej bladą twarz niczym gorąco z pieca i zmienił powietrze w płucach w czarną chmurę gryzącego dymu. Wdarłszy się do środka, usłyszała przeraźliwy kwik i trzask drewna pękającego pod naporem ciał rozszalałych zwierząt, które z przerażeniem rzucały się w boksach.
     Niezdolny do pójścia w ślady pani Hachiman tańczył i głośno rżał na zewnątrz, niechętnie godząc się na rozstanie. Tymczasem Kamoko pospiesznie otwierała przegrodę za przegrodą. Delikatnie owijała głowy klaczy szmatami zmoczonymi w korycie i wyprowadzała je do wyjścia. Pracowała wytrwale, nie zwracając uwagi na żar, który osmalił jej piękne włosy i parzył ręce.
     Kiedy konie znalazły się już na zewnątrz, ogier z pomocą kopyt i przeraźliwego rżenia uniemożliwiał klaczom paniczną ucieczkę w szalejące dookoła stajni morze ognia. Instynktownie gromadził je w jednym miejscu. Każda minuta wydawała się godziną, a Kamoko samotnie walczyła, by wyprowadzić konie z piekła, jakie rozpętało się w stodole. W ryku płomieni brzmiała złowróżbna obietnica uduszenia w lepkim dymie lub zmiażdżenia przez przepalone drewno. Dach jęczał pod ciężarem ognia, z każdą chwilą zwiększając ryzyko zawalenia i pogrzebania Kamoko żywcem wśród syczących płomieni. Ryzyko śmierci nie zdołało jej jednak powstrzymać. Raz po raz wracała do stajni, usiłując zyskać kontrolę nad końmi i przezwyciężyć ich strach przed ogniem. W końcu wyprowadziła prawie trzydzieści klaczy, które rżały, gdy dym zatykał im płuca i usiłowały uciekać we wszystkie strony. Hachiman tańczył i kopał, zaganiając je do stada i utrzymując razem dopóki jego pani nie skończyła.
     Drżąc z wyczerpania, dziewczyna weszła do stodoły po raz ostatni. Gdy się ponownie ukazała, dźwigała nowonarodzonego syna Hachimana, który wierzgał długimi, patykowatymi nóżkami usiłując ją kopnąć. Złota sierść źrebięcia była osmalona od żaru, a jego oczy szeroko otwarte ze strachu. Kamoko umieściła noworodka na grzbiecie Hachimana i wskoczyła za nim. Źrebak żałośnie zapiszczał, kopnął jeszcze raz, po czym uspokoił się i legł w poprzek potężnego grzbietu ogiera drżąc na całym ciele. Z nieustraszonym okrzykiem Kamoko spięła Hachimana, odwracając go w kierunku długiej, leśnej drogi, którą spowijał gęsty dym. Długie, liżące gałęzie języki ognia zwisały z drzew w kapryśnych serpentynach. Za kilka minut cały las miał stanąć w płomieniach. Ścieżka zdawała się drgać we wszechobecnym gorącu. Kwik rumaków brzmiał jak żałosna skarga przerażonych dzieci.
     Kamoko wahała się tylko przez chwilę, nim zaczęła smagać konie gałęzią zerwaną z najbliższego drzewa. Cierpienie, które musiałazadać ukochanym zwierzętom sprawiło, że pojej policzkach spłynęły łzy. Hachiman pomagał jej, kąsając boki klaczy i zmuszając je do rozszalałego biegu. Przerażone konie wolały niebezpieczeństwo drogi, ciągnącej się przed nimi, od bólu sprawianego im przez ogiera i jeźdźca. Hachiman z zawrotną prędkością pędził za wystraszonym stadem. Kamoko zaciskała zęby, by nie krzyczeć, gdy rozpalona skóra lejc kąsała jej poparzone dłonie. Źrebak nie piszczał już; jego drobne ciałko przywarło do pochylonej nad nim dziewczyny. Starała się chronić go w ten sposób przed niesionym przez wiatr ogniem. Oślepiona przez dym i żar Kamoko przylgnęła do grzbietu Hachimana i kierowała nim wyłącznie siłą swej miłości.
     Tętent pędzącego wierzchowca przywodził na myśl dudniący śmiech szaleńca. Kopyta rumaka podzwaniały o kamienie znajdujące się na drodze, rozrzucając je w miarę, jak Hachiman zagłębiał się w płonący las. Desperacko usiłując uciec przed szalejącą pożogą, smagana przez gwałtowny wiatr, Kamoko odwróciła poznaczoną łzami twarz, by ujrzeć jak potężne drzewa walą się za nimi w ogień. Przerażone żarem piekła szalejącego wokół konie gnały dziko leśnym traktem. Zwierzęta wywracały białkami oczu, a ich przenikliwy kwik rozbrzmiewał echem w uszach pędzącej je naprzód samurai-ko. Gdzieś daleko zamajaczyła przesieka, wiodąca na bezleśne pola, na których wieśniacy usiłowali zdusić pożogę. Pomimo strachu, podniecenie Kamoko rosło, bo walka z ogniem była prawie wygrana. Wkrótce! Już niedługo! Jej zapał udzielił się Hachimanowi, zachęcając go do jeszcze większego wysiłku. Koń sadził potężnymi susami, a utrzymanie się w siodle niemal przekraczało możliwości dziewczyny. Kamoko czuła, jak źrebię drży na jej piersi. Trzymała je kurczowo, kryjąc jego głowę w swoim haori, by dym i popiół nie dostał się mu do oczu lub chrap. Jej łzy były jedynym źródłem ożywczej wody w niekończącym się oceanie żaru.
     Konie z ogromną szybkością gnały przez oślepiający dym, instynktownie kierując się w stronę wyjścia z lasu. Szaleńczy wyścig wyczerpywał siły klaczy, a przepełniający powietrze dym pozbawiał je tchu, boleśnie raniąc oczy. Cwałowali przez pogrążoną w płomieniach gęstwinę, a kilka gałęzi zapaliło się i z trzaskiem posypało się na ich głowy. Serce Kamoko ścisnęło się na odgłos rozdzierających jęków bólu, żaden z koni jednak nie zwolnił. Wiedziała, że zmęczenie coraz bardziej dawało się zwierzętom we znaki. Gniada klacz głośnymi haustami łapała powietrze, a jedno ze źrebiąt miało na kłębie oparzelinę wielkości kobiecego wachlarza. Dym i popiół napełniały jej płuca; mogła tylko kurczowo trzymać się w siodle.
     Nagle jej wzrok przykuł potężny konar spadający z drzewa nad nimi. Gorejące gałęzie groziły Hachimanowi zmiażdżeniem, a samurai-ko nie mogła nic zrobić. Kurczowo objęła ramionami drżące ciałko źrebięcia, zacisnęła zęby i pochyliła się nad nim, pragnąc choć w ten sposób go ochronić. Wiedziała, że upadający konar znaczył śmierć dla nich wszystkich -- dla niej i noworodka, Hachimana i klaczy, które prowadzili ku wolności. Pozbawione przewodnictwa napawającego je strachem ogiera rozproszą się i zginą w piekle płonącego lasu.
     Przeznaczenie w ostatniej chwili wydzierało zwycięstwo z jej poparzonych dłoni.
     Kamoko milczała wśród ogłuszającego ryku płomieni. Choć jej serce krwawiło, gdy słyszała krzyk rannych koni, spojrzała śmierci w oczy z odwagą Jednorożca.
     Płonący konar jednak nie upadł.
     W ostatniej chwili znikąd pojawił się srebrzysty miecz, wyprowadzając od strony ścieżki potężny cios. Ogromny konar poddał się uderzeniu niczym kartka papieru, rozpadając się na dwie części, jak wiotka gałązka. Hachiman rzucił się przed siebie, rżąc bohatersko i z łatwością wymijając rozciętą gałąź. Oniemiałej Kamoko zdziwienie zaparło dech -- nie mogła wciąż uwierzyć w tak niespodziewany ratunek. W jej wyobraźni płonący konar wciąż spadał. Spojrzała za siebie i wśród mgły ujrzała niezwykłą postać, dosiadającą ogromnego białego rumaka. Jasne oczy kobiety lśniły błękitem nieba, a jej potężny wierzchowiec stał niezachwianie niczym skała w morzu płomieni. Kiedy Kamoko pognała naprzód, kobieta uniosła połyskujące ostrze w geście pozdrowienia. Jej widmowy ogier oddalał się, aż oboje zniknęli w dymie kłębiącym się za młodą samurai-ko.

     * * *

     Klacze wystrzeliły z płonącego lasu z radosnym rżeniem, pędząc przez świeżo zaorane pola, a ich kopyta grzęzły w pulchnej ziemi. Hachiman nie zatrzymywał się i prowadził stado wzdłuż linii utworzonej przez przekazujących sobie wodę wieśniaków. Stojący na skraju pola, nieopodal murów pałacu, Otaku Kojiro z niedowierzaniem uniósł dłoń do ust.
     -- Klacze -- wyszeptał -- Uratowała je! Na Siedem Fortun, ona uratowała klacze!
     Za plecami Kamoko odezwały się radosne okrzyki chłopów, zagłuszając rozwścieczony syk płomieni.
     Zwalniając, Kamoko ześlizgnęła się z grzbietu szarego ogiera. Ze zmęczeniem oparła się o ogromne zwierzę, a heimin zabrał bułanego źrebaka do jego pięknej matki. Wyczerpana gromada klaczy stała z dala od ognia, pozwalając by chłopcy stajenni, którzy zbiegli się na widok zwierząt, troskliwie się nimi zajęli. Mimo, że ranne i boleśnie poparzone, wszystkie konie przeżyły śmiertelny wyścig w płomieniach.
     -- Widziałam ją, Daiyu-sama... -- wychrypiała Kamoko. Jej głos brzmiał zadziwiająco spokojnie. Shugenja zaczął opatrywać rany samurai-ko. Długie, miękkie włosy dziewczyny były osmalone i zmatowiałe, jej twarz ubrudzona sadzą, a poparzone dłonie i ramiona pokryte pęcherzami. Shugenja spojrzał w ciemne oczy, a ona wyszeptała:
     -- Widziałam Panią Otaku.
     Po długiej przerwie Iuchi Daiyu skinął głową:
     -- Twoje męstwo i siła, Otaku Kamoko-sama, ocaliły najcenniejsze dzieci Klanu Jednorożca. -- Daiyu ogarnął wzrokiem samurajów i chłopów, którzy gromadzili się dookoła młodziutkiej Panny Wojny w miarę, jak zachłanny ogień powoli wygasał. -- Zaiste, jesteś warta krwi Otaku płynącej w twych żyłach. Wierzę, że z tobą u boku, wygramy tę wojnę. Przepowiednia się wypełnia -- Posłał jej uśmiech i uniósł dłoń, nakazując ciszę tłumowi.
     -- Otaku Kamoko-sama -- rzekł głośno, a jego głos uniósł się nad zamierający trzask dogasających płomieni. -- Ja i wszyscy moi bracia dziękujemy ci za twą odwagę. Dziękujemy ci w naszym imieniu, a także w imieniu tych, którzy pozbawieni są mowy, w jakiej mogliby sławić siłę twego serca.
     Kamoko uśmiechnęła się. Mimo widocznego bólu i wyczerpania jej twarz była piękna. Hachiman z miłością dotknął poparzonym nosem swej małej pani. Kiedy burzliwe wiwaty podniosły się po raz wtóry, konie nie zwróciły na nie żadnej uwagi, a młody syn potężnego Hachimana trącił łebkiem zmęczoną matkę i zaczął ssać.





TORI
prezentuje